Toń

[...] Gdy doszli do mieszkania na Maraunenhofie, Lehndorff przedstawił go znajomemu lekarzowi i od razu wyciągnęli plecaki. Właściciel mieszkania był ortopedą pracującym w podmiejskich klinikach. Napierające wojska zmusiły go do ucieczki. Przytomnie udało mu się zabrać dwie walizki leków, bandaży i lżejszych narzędzi chirurgicznych. Mówił niewiele i był wyraźnie zmęczony. Na oko miał pod sześćdziesiątkę i Max dostrzegł, że lekarz się poddał. Namawianie go, by dołączył do ich zespołu, nie miało sensu. Wyjrzał przez okno zza koronkowej firanki i sycił się widokiem prawie niezniszczonej ulicy. Wille stały niewzruszone, tylko nieczynny, wykolejony tramwaj i wszechobecna pustka świadczyły o tym, że trwało oblężenie. Domy należały do prawników, lekarzy, wyższych stopniem urzędników, kupców. Śmietanka towarzyska miasta. Wizytówka.
– Widzi pan kościół na Tragheimie? – spytał nagle Lehndorff. – Wie pan, że Richard Wagner brał tam ślub?
Max spojrzał na niego rozkojarzony. Lehndorff uśmiechnął się.
– Chodźmy. Po drodze coś panu pokażę.
Szli długo, a Lehndorff prowadził go między willami, przez parki, wśród połamanych drzew i stosów cegieł. Max kaszlał od dymu, a powietrze co chwilę rozcinało dudnienie artylerii i gwizd pocisków. Był jak w amoku i nie śmiał się sprzeciwić. Potykał się o przedmioty i kawałki żelastwa. Wszystko strzaskane, brudne, pokryte pyłem i sadzą. Pożarów nie było, ale wiedział, że gdy tak szli, pozostałe części miasta wciąż trawił ogień. Lehndorff zwinnie przeskakiwał przez gruz, wspinał się po nim, znów zes kakiwał, bezszelestnie i lekko, jakby nie ciążył mu wypchany plecak i nie czuł zmęczenia. Dotarli w końcu do wysokiej kamienicy. Rozcięta na pół bezwstydnie odkrywała swoje bebechy przed okiem przechodnia. Jakimś cudem wciąż stała i świeciła spiralą secesyjnej klatki schodowej i strzępami pomieszczeń, które niegdyś skrywały czyjeś życie. Połowa kuchni wyłożonej zielonymi kafelkami z kwiatowym ornamentem. Połowa sypialni z butwiejącą orgią szmat zwisających z czyje goś łóżka jak wybebeszone flaki. Połowa dziecięcego pokoju z mrowiem zabawek jak rozsypane koraliki: wagony kolejki, znów szmaty, drewniane klocki, żołnierzyki, nadpalone książki. Okruchy dzieciństwa, które kłuły w pierś tym mocniej, że były swojskie. Wśród nich dostrzegł znajomą rycinę Buscha. Piekarz wsadzał Maxa i Moritza do pieca. Zamarł i patrzył na scenę, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Ach, tu pan jest. – Usłyszał Lehndorffa i podniósł głowę. – Proszę za mną.
Ze stropu kapała woda, schody, częściowo zmiażdżone, kończyły się czymś jasnym, jakby wyrwą. Na ostatnich stopniach z oślepiającej czeluści wystawały nogi Lehndorffa, który zatrzymał się i czekał na niego, co wydało mu się absurdalne. W końcu była tu tylko jedna droga.
Wspiął się po stopniach, mijając wygięte, splątane druty i sczerniałą ścianę z długim pęknięciem. Wyglądała jak ponury obelisk. Wychynął, Lehndorff podał mu rękę i stanęli na czymś, co pewnie niegdyś było strychem. Tuż obok stało jeszcze drewniane przepierzenie, całe osmalone, ostatni kawałek konstrukcji dachu. Nad nimi dymiło szare niebo.
– Lubi pan infernalne widoki, doktorze? – Lehndorff uśmiechnął się dziwnie i wszedł za przepierzenie.
Serce mu biło niespokojnie i strach go obleciał, ale był świadom, że wcale nie z powodu zagrożenia nalotem, lecz dlatego że czuł nieuchronny koniec tej drogi. Coś przyciągało go do celu, który miał się właśnie objawić w pełnej krasie, przełknął ślinę i szedł dalej.
Stali na szczycie budynku, a przed nimi rozpościerała się panorama miasta. Morze ognia i dymu z wyszczerbionymi kikutami budynków całkowicie zasłaniało zatokę. Na próżno
było szukać połyskującej wody. Płonęły wieże kościelne, kamienice, Max patrzył na wyszczerbione baszty fortów, wysadzone mosty i na szkielety magazynów na Lastadie i gruzy Kneiphofu – pamiątkę po nalotach RAF-u, która straszyła ich od zeszłego lata. Było dziwnie cicho. Zdawało mu się, że huk artylerii ustał, nieba nie przecinał ani jeden pocisk, jakby słyszał tylko głos buzującego płomienia. Coś go oślepiło i zakrył oczy dłonią. Stał tak chwilę, nim znowu odważył się spojrzeć na bezkres zniszczenia. Königsberg. Perła północy. Niemal zrównany z ziemią.
Lehndorff wydawał się nie tylko opanowany, ale wręcz zadowolony. Nabrał powietrza w płuca, jakby był na górskiej wycieczce, i wziął się pod boki.
– Wspaniały widok, nieprawdaż? – zagaił. – Przychodzę tu czasem, żeby popatrzeć. Będzie się pan śmiał, ale obstalowałem sobie krzesełko.
Zniknął za przepierzeniem i wrócił po chwili ze składanym metalowym krzesłem, chyba ogrodowym. Rozstawił je, usiadł wygodnie, opierając kostkę lewej stopy na prawym kolanie, długi, wysoki, spokojny jak zawsze. Wyciągnął papierosy i zapalił eleganc kim gestem.
– Nie sądziłem, że pan pali – wymamrotał Max.
– Bo nie palę – odparł Lehndorff. – Tylko tutaj.
Max odwrócił się w stronę miasta. Do oczu nabiegły mu łzy. Dym gryzł go w przełyk. Ogień buzował i znów się rozrzedzał, jakby odsłaniał przed nim kolejne widoki. Tu chodził z Gudrun do cukierni. Tam po dusznym, letnim dniu spotykał się z kolegami z pracy na chłodnym piwie. Gdzieś w okolicy walącej się właśnie ściany wiele lat temu mieszkał na stancji u niejakiej Frau Scharf, która go uwiodła, a potem, gdy się wyprowadził, rozpaczliwie wydzwaniała do kliniki, póki nie znalazła sobie nowego kochanka wśród pierwszorocznych studentów. Odkaszlnął i odwrócił się. Lehndorff siedział zamyślony i ćmił papierosa, który wyraźnie mu smakował.
– Myśli pan, że Beethoven miał poczucie winy? – spytał nagle.
– Nie – odparł Lehndorff sucho.
– Za Eroikę, za to, że zaufał – ciągnął Max. – Za wszystko, zanim Napoleon obwołał się cesarzem i wywołał wojnę…
– Nie. Nie sądzę – uciął Lehndorff.
Milczał chwilę, przyglądając się miastu.
– Niesamowicie to wygląda. Przydałaby się do tego jakaś pyszna orkiestrowa muzyka.
– Siódma Beethovena.
– Nie, nie. – Lehndorff zaśmiał się. – Triumfalna. Żaden marsz pogrzebowy, coś na cześć zwycięzców. Widzi pan. – Spojrzał na Maxa bladoszarymi oczami jakby na wskroś. – Tu nasza historia się kończy. Nie ma w niej dla nas miejsca. A wracając do pańskiego pytania… Są różne teorie. Niektórzy twierdzą, że Beethoven cierpiał na zatrucie ołowiem. Inni, że miał syfilis. Cokolwiek to było, nie sądzę, by w miarę postępującej choroby stać go było na jakiekolwiek przemyślenia.
– Przecież sam pan mówił, że to był światły człowiek.
– Choroba zmiażdży nawet najświatlejszego człowieka, doktorze. – Lehndorff uśmiechnął się znacząco. – W końcu stać go tylko na syfilityczne wybuchy gniewu lub cierpi na zaburzenia pamięci, jeśli oczywiście mówimy o ołowicy.
Max ponownie zwrócił się w stronę miasta. Miał wrażenie, że kruszyło się na jego oczach jak delikatna figurka.
– Pan się teraz zadręcza – usłyszał Lehndorffa tuż za plecami. – Bo pan wołał: „Heil Hitler!”, i wznosił pan rękę. Nie pan jeden. Wszyscy to robili.
– A pan? – Spojrzał na jego bladą, pociągłą twarz.
– Ja? Cóż, nie przypominam sobie. A nawet jeśli mi się zdarzyło, nie ma to większego znaczenia. Widzi pan – syknął. – Ja tu jestem od początku i od zawsze wiedziałem, jak to się skończy.

[...]

W październiku czterdziestego drugiego pojechali na kilka dni odpocząć na Kurische Nehrung. Była ciekawa ruchomych wydm i widoków. Siedzieli na piasku, opierała się plecami o jego pierś, patrzyli przed siebie. W oddali morze migotało leniwie. Dni były ciepłe. Piasek był ciepły. Jej plecy były ciepłe. Chłodny i rześki był tylko wiatr. Na horyzoncie kołysały się kutry, czasem podmuch niósł pokrzykiwanie któregoś z rybaków. Jednostajny szum fal uspokajał go.
– Wiesz, od czego pochodzi słowo „Nehrung”? – spytał nagle. – Od Neringi. To z mitologii tutejszych ludów. Prusowie wierzyli w różnych bogów, na przykład w Kurko. To była bogini płodności i urodzaju. Albo w Perkuna, boga wojny, który panował nad kosmosem, sztormami i burzami.
– Jak Zeus? – szepnęła.
– Tak. Trochę jak Zeus. – Zaśmiał się. – Ale oprócz bogów mieli też różne opowieści, legendy, herosów. Neringa to imię dziewczynki i z tego imienia wzięła się niemiecka „Nehrung” i litewska „nerija”. Dziewczynka wyrosła na olbrzymkę, siedziała na brzegu i bawiła się piaskiem. A ludzie z wybrzeża żalili się, że dokuczają im sztormy i gwałtowne zmiany pogody, że wciąż nęka ich wzburzone morze. Olbrzymka usypała im mierzeję.
– I wszystko się uspokoiło?
Silny podmuch wiatru uniósł nagle jej włosy.
– Nie – odpowiedział. – To tylko legenda. W rzeczywistości było zupełnie inaczej.
Opowiadał o ruchomych wydmach i osadach, które przez stu lecia tańczyły jak w rytualnym tańcu, o opuszczonych domach i przeprowadzkach kilka kilometrów dalej, o kapryśnym piachu, który zmuszał ludzi do ciągłych zmian. O nawiedzających wioski głodzie i dżumie, o mieszkańcach krajobrazu, który był jak widmo, nieuchwytnych widokach, które mogło zmienić zaledwie kilka lat. Domy ludzi żyjących z morza stały na jego brzegu, a potem znikały i znów się pojawiały rozsiane po okolicy, wciąż dopasowując swój krok do ruchu wydm. Ktoś, kto wędrował po tym świecie i przechodził tędy parę lat później, mógł mieć wrażenie, że patrzy na lustrzane odbicie zapamiętanego krajobrazu. Jakby nic się nie zmieniło, a jednak wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Setki lat temu kogoś, kto wędrował przez mierzeję, mógł oblecieć strach, gdy odwiedzał ją po wielu latach. Mógł zadawać sobie pytanie, czy ta kraina istnieje naprawdę, czy jest tylko złudzeniem, pułapką zastawioną przez pradawnych bogów.
Opowiadał o wojnach, przez które wycięto lasy na budulec do statków i machin oblężniczych. I o tym, jak wycinka spowodowała katastrofę, bo nic już nie powstrzymywało wydm. Pochłaniały całe wioski rybackie w znacznie szybszym tempie. Piasek połykał domy, drżał, meandrował, unosił się w powietrzu, zbijał się w ciągnące się kilometrami pagórki i znów rozsypywał na proch, i rozwiewał na cztery wiatry. Mówił o tym, jak przystąpiono do ponownego zalesiania mierzei i budowy sztucznych zapór. Ale ostatecznie to człowiek się dostosował i znalazł sposób na to, jak żyć w krajobrazie chimerycznym i nieprzewidywalnym jak żywy organizm. A potem zamilkł. Oparł podbródek o jej ramię i patrzył na morze. Ciepło jej ciała było niezwykłe, kojące i rozgrzewające. Prawie nie dostrzegał, że była już jesień, i tylko drobny podmuch słonego marznącego wiatru, który czuł na twarzy, przypominał mu, że za chwilę zalew zostanie skuty lodem. Włosy Gudrun pachniały morską bryzą i skręcały się pod wpływem wilgoci. Wrócili do osady. Wynajmowali niewielki domek, który stare, mieszkające nieopodal małżeństwo w sezonie udostępniało letnikom. Przyglądał im się chwilę z zainteresowaniem. Emerytowany rybak wygrzewał kości przy kozie. Drobna, zasuszona starowinka o zaskakująco czarnych włosach, w których nie dojrzał ani jednego skrzącego się siwizną pasemka, przyniosła im jedzenie i kilka owczych skór. Stary napalił im w piecu. Między sobą rozmawiali po łotewsku. A może był to lokalny dialekt? Ich niemczyzna rozwlekała się nieco po wschodnioprusku i uśmiechnął się, bo przypomniał sobie swoje stare ciotki z Rastenburga i wypowiadane przez nie wydłużone zdania, podobne do rozciągniętych rybackich sieci. Jego ojciec i on nie umieli już mówić w ten sposób.
Czuł się dobrze. Może przez to, że nikt ich nie legitymował, nie pytał o nazwiska, a starowinka nazywała Gudrun jego żoną, choć nie mieli obrączek. A może samopoczucie wynikało z czegoś zupełnie innego? Ogarniało go bezgraniczne szczęście. Takie, jakie wydawało mu się naturalne. Chłodne i melancholijne jak dryf po Bałtyku. Kochał się z nią na skórach, tuż przy piecu, bo dom był tak wyziębiony, że nie byli w stanie wejść do łóżka. Drżała i oddychała rytmicznie i przeszło mu przez głowę, że to ten sam rodzaj szczęścia, bezkresnego i płynnego, nieskończonego, jak fale uderzające o burtę. A gdy jej mięśnie zacisnęły się ostatni raz, a potem błogo rozluźniły i wypuściły go ze swoich objęć, i opadł na plecy, leżeli obok siebie, patrząc w sufit, i czuł, że wszystko jest tak, jak powinno być. Nawet zimno domu, a może zwłaszcza ono, powodowało, że w dziwnym, kapryśnym krajobrazie, w tych widmowych wioskach był tam, gdzie przynależał od zawsze. Może powinien był zostać rybakiem.
– Kocham cię – wyszeptał. – Nikogo tak nie kochałem i nikogo nigdy tak nie pokocham.
– Wiem – powiedziała. – Ja ciebie też. Od początku.
Przykrył ich kocem i przytulił się do niej. Jej serce, już spokojne, biło miarowo i zaczynała go ogarniać senność. Ale ona nie spała, wciąż patrzyła w sufit.
– Max? – odezwała się nagle. – Co się stało z tymi ludźmi?
– Którymi ludźmi?
– Tymi, którzy tu mieszkali.
To wciąż nie było precyzyjne pytanie i przyłapał się na myśli, że przez wieki przewinęło się tu tylu ludzi, że sam już nie wiedział, kto tu mieszkał, a kto tylko rozbłysł na chwilę i spalił się jak spadająca gwiazda.
– Czy ktoś ich ostrzegł?… W tych zasypanych wioskach. Czy udało im się uciec? Czy piasek zwalił im się na głowy, kiedy spali w ciepłych łóżkach?
Milczał chwilę. Okna trzeszczały od wiatru. W oddali kotłowało się wzburzone morze.
– Nie wiem – wyszeptał jakby zdziwiony, że nie umie odpowiedzieć na jej pytanie.
– Czy wiedzieli o niebezpieczeństwie? Czy reagowali na ruch wydm i przenosili wioski, dopiero gdy ktoś zginął?
– Nie mam pojęcia – wymamrotał bezradnie. – Chodź, przytul się, bo zmarzniesz.
Objęła go i poprawiła koc tak, by nie dostawały się do nich zimne podmuchy powietrza. Ale nie zasnęła. Gdy odpływał w toń gęstego snu, wciąż czuł na skórze łaskotanie jej rzęs. Następnego dnia pojechali rowerami do Nidden. Morze się uspokoiło, a słońce przyjemnie grzało w twarz. Jechali przed siebie, a poły ich lekkich płaszczy unosiły się i łopotały jak żagle. Nie ujechali daleko. Okazało się, że w nocy część drogi zasypał piach. Koła grzęzły w nim i obracały się w miejscu. Szli więc pieszo i narzekali na to, że muszą ciągnąć ze sobą rowery. A potem pocieszali się, że to tylko kilkanaście kilometrów. Zsiadali z rowerów, znów na nie wsiadali, żartowali.
W Nidden było dość pusto. Kurort wyludnił się wraz z zakończeniem sezonu. Zjedli drugie śniadanie na wybrzeżu w knajpce, która handlowała głównie piwem nęcącym powracających z zatoki rybaków. Ale chyba trwał połów, bo siedzieli w niej zupełnie sami. Jedzenie było smaczne, pogoda łaskawa. Słońce ogrzewało ich twarze i gdyby nie zimna noc, trudno było uwierzyć, że był koniec października. Gudrun odgarniała poderwane wiatrem włosy i wystawiała twarz do słońca. Humor jej dopisywał. Gdy zostawili rowery pod knajpką i ruszyli uliczkami w stronę dawnego letniego domu Tomasza Manna, rozglądała się z ciekawością. Co chwilę rozbrzmiewał jej śmiech. Ale gdy dotarli na miejsce i ujrzeli z oddali właściwy budynek, zamilkła.
Stał na końcu uliczki. Drewniany, nieco przysadzisty, zbudowany w stylu okolicznych rybackich chat. Kojarzył mu się z architekturą norweską, może nawet rosyjską, ale był prostszy i nie tak ozdobny. Szczyt kalenicy wieńczyły rzeźbione końskie głowy. Okolony sosnami, był wyraźnie widoczny mimo ogrodzenia. Za nim rozpościerał się widok na morze. Podszedł bliżej, ale Gudrun się zatrzymała. Odwrócił się. Stała jak wryta, blada, wyraźnie zaniepokojona wpatrywała się w dom.
– Chodź – powiedział. – Obejrzymy go z blis ka.
Milczała. Powiódł za jej wzrokiem, zmrużył oczy. Okna z ciężkimi, ozdobnymi okiennicami odbijały blade, jesienne światło. Przed wejściem zatknięto dwie flagi, ale były na tyle dyskretne, że swastyki zwijały się jakby zawstydzone swoją obecnością. Znów na nią spojrzał. Zacisnęła zęby. Miała przyspieszony oddech.
– Gudrun – zaczął naj łagodniej, jak potrafił. – Coś się stało? Przecież nie będziemy tam wchodzić. Tylko go dyskretnie obejdziemy.
Dom należał teraz do państwa. Ale przecież oboje o tym wiedzieli, zanim tu przyjechali. Umawiali się wcześniej, że nie wejdą na teren posesji z tego właśnie powodu. Nie rozumiał, co ją przestraszyło.
– Chodź. – Ruszył głową ponaglająco.
– Nie – powiedziała. – Nie chcę.
Patrzył na nią oniemiały.
– Przecież sama chciałaś…
– Ale już nie chcę.
– Gudrun – westchnął. – Przyjechaliśmy do Nidden specjalnie po to. W dodatku ciągnąc ze sobą te pieprzone rowery. Sama chciałaś go zobaczyć. To był twój pomysł.
– Jak chcesz, to idź – rzuciła. – Ja tu poczekam.
– Przyjechaliśmy specjalnie po to. – Czuł się śmieszny, bezradny.
Potarł ręką czoło, przeczesał palcami włosy i zamknął oczy. Dziwny, tępy ból pulsował mu w skroni.
– To już nie jest jego dom – powiedziała z powagą. – Nie ma czego oglądać.
– Ale przecież wiedziałaś o tym wcześniej – jęknął rozpaczli wie. – Sama mi opowiadałaś historię tego domu.
Odkąd pamiętał, mówiła, że ceni Manna. Zawsze wprawdzie dodawała, że nie pisze dla niej i nie odnajduje się w jego bohaterach, ale go ceniła. Przyłapał ją raz zupełnym przypadkiem, jak słuchała jego zakazanych audycji radiowych. Wrócił wcześniej z dyżuru. Nie usłyszała szczęku zamka. Gdy zajrzał do gabinetu, ujrzał ją zwróconą plecami do wejścia. Siedziała na podłodze z podwiniętą jedną nogą, z uchem przy głośniku. Nie był pewien, co wtedy poczuł. Nie wiedział, jak zareagować, więc cicho przymknął drzwi i wyszedł do kuchni. Nigdy tego nie poruszył w żadnej rozmowie, nie robił nawet aluzji. Zastanawiał się, czy się przed nim kryła, czy może słyszała, jak wchodził, i chciała, by ją przyłapał. Nie dociekał, ile wiedziała i co mówił Mann w swoich audycjach, ale wydało mu się naturalne, że na propozycję wycieczki do Nidden zareaguje entuzjastycznie. Niczego nie rozumiał.
– Rano mówiłaś, że nie możesz się doczekać. – Rozłożył ręce. – Rano bardzo ci się ten pomysł podobał.
– Zmieniłam zdanie – powiedziała głucho.
Nie wiedział, czy coś ją przestraszyło i co to mogło być, czy był to tylko kaprys. A może hormony. Zachowywała się irracjonalnie i nie wiedział, jak przemówić jej do rozsądku.
Spojrzał jeszcze raz na dom. Wiatr przeganiał nad nimi chmury. Bryła budynku zaczęła nagle szarzeć. Mrok gęstniał wokół niej i dom Manna wyglądał, jakby miał zaraz zniknąć i zostawić po sobie puste miejsce. Chmury rozrzedziły się i chata znów błyszczała w słońcu. Spojrzał ostatni raz na końskie głowy. Znak północy. Skrzyżowane belki bezwstydnie celowały w niebo, jakby rzucały mu wojownicze wyzwanie. Za wąs kimi pniami sosen skrzyło się morze. Zawrócił. Wzięła go pod ramię i ruszyli z powrotem. Nie był na nią zły, w duchu irytowało go tylko to, że jej nie rozumiał. Nie poszli już do dawnej kolonii artystów. Nie przeszli się brzegiem morza, nie zdecydowali się przespacerować do latarni. Ciągnąc ze sobą rowery, ruszyli przez piach z powrotem do Perwelk.
Ostatnie dwa dni pobytu były pogodne. Ale mimo wesołości Gudrun i cieplejszej pogody czuł się tak, jakby spowiło go coś lepkiego. Gęsta zawiesina w piersi, klejący się język. W myślach przywoływał jej twarz, gdy ujrzała dom Manna. Pytania, które wypowiedziała cichym głosem, ledwo przedzierając się przez gwizd wiatru, wciąż tłukły mu się po głowie. W dniu wyjazdu obudził się wcześniej od niej. Nie mógł zasnąć, nie mógł znaleźć sobie miejsca, w końcu włożył sweter i wyszedł na spacer. W od dali dojrzał drobną sylwetkę gospodyni. Uwijała się na brzegu, schylała, znów podnosiła. Niewysoka i krzepka. Cała w czerni. Dopiero w odległości kilkudziesięciu metrów zorientował się, że sprawdzała suszące się na palach niewody. Dostrzegła go i wyprostowała się. Gdy w końcu do niej dobił, nie wypowiedziała ani słowa, nie uśmiechnęła się. Jakby czekała, aż odezwie się do niej pierwszy. Ludzie, którzy nie marnują słów. Oszczędni w wyrażaniu emocji. Surowi jak pruski wiatr. Przeszedł go dziwny dreszcz. Kiedyś, zanim poznał Gudrun, na długo zanim przeprowadził się do dużego miasta, sam taki był. Taki był też jego ojciec i cała jego rodzina. Nie chciał o tym pamiętać. Nie lubił siebie z czasów, gdy był małomówny, mrukliwy i zamknięty w sobie. Jej pomarszczona i ogorzała od wiatru twarz przypominała mu, że w głębi duszy nadal taki był. Jakby tych cech nigdy nie dało się wymazać.
Zagaił ją, uśmiechając się przyjaźnie, i gadał jak miastowy, okrąg łymi zdaniami, marnując swój i jej czas. Nie odpowiadała. Lekko skinęła głową, gdy oznajmił, że nadszedł dzień wyjazdu. Usiadł na drobniutkim złotym piachu i spojrzał na morze. W powietrzu lśniły drobinki pyłu, unosiły się i opadały. Kobieta poprawiła ostatnią zsuwającą się z pala sieć i ruszyła powoli w stronę domu. Gdy go mijała, spojrzał jej w twarz nieco zawstydzony.
– Gospodyni – zaczął głosem, który nieoczekiwanie zachrypiał. – Wiecie może, co się stało z ludźmi, którzy tu mieszkali w czasach ruchomych wydm?
Znieruchomiała i ściągnęła czarne brwi, co nadało jej twarzy dziwnie ptasi wygląd. Zdawała się nie rozumieć pytania.
– Czy zmiany postępowały powoli i mogli uciec? Czy ginęli? Czy ktoś ich ostrzegł?
Stara odwróciła się w stronę wybrzeża i pokiwała głową w zadumie. Jej czarna chustka załopotała na porywistym wietrze.
– Nolādētā zeme – powiedziała. – Nolādētā zeme.
Wpatrywał się w nią, czekając, aż powie coś więcej. Aż powie coś, co by zrozumiał. Ale gdy odwróciła twarz w stronę domu, jej rysy znów zastygły jak kamień i pojął, że niczego więcej od niej nie usłyszy. Spojrzał na morze. Najstarszy krajobraz świata. Wyłaniająca się z wody ziemia, wyłaniające się z wody życie. Ten, kto twierdzi, że morskie pejzaże są statyczne i nudne, nigdy ich tak naprawdę nie zrozumiał. Przeczesał ręką włosy i zorientował się, że w ciągu zaledwie kilku chwil wiatr obsypał go ziarnkami piasku. Spojrzał na dłoń. Drobinki migotały jak odległe gwiazdy.
– Nolādētā zeme – wyszeptał do siebie, a ostatnie sylaby pękły pod naporem huku artylerii.

Leżał skulony pod kocem, na przemian pocił się i marzł. Na miasto spadały bomby i pociski. A on myślał o tym, że trzeba było zawsze ufać Gudrun. Nie rozumiał jej strachu i uporu, gdy pojechali do Nidden. Nie rozumiał jej pytań. Wtedy niepokoiły go jej zmiany nastrojów i myś lał, że w Königsbergu skieruje ją na badania krwi. Teraz wiedział, że miała szósty zmysł. Wyczuła, co się zbliża, na długo zanim do tego doszło. I choć od czasu wycieczki jeszcze blis ko dwa lata żyli w spokoju, z dala od historycznych zawirowań, to przecież trwała wojna. Ignorował wyraźne sygnały świadczące o tym, że nic nie potoczy się tak, jak oczekiwali: napływ coraz większej liczby rannych – przerażająco wychudzonych, często pokrytych wrzodami, z ropiejącymi ranami i odmrożeniami, żołnierzy, w stanie drastycznie różniącym się od tego, co obwieszczały komunikaty, które codziennie obwieszczało radio, z niegasnącym entuzjazmem wieszczące, że oto zbliża się zwycięstwo; do tego zmniejszające się przydziały żywności czy brak niektórych produktów – pierwsza zapowiedź ich uroczys tego przejścia na czarny rynek.
Gudrun miała instynkt, którego nigdy nie doceniał. Gdy ją poznał, sądził, że była znudzona, rozpieszczona i kapryśna. Okazała się wrażliwa, zmysłowa, ostrożna. Na wszystko reagowała z dziwnie dojrzałym rozsądkiem, który go onieśmielał. Z czasem spoważniała, stała się zdecydowana. Niestrudzenie organizowała przestrzeń wokół siebie, od wymiany kartek na żywność i gromadzenia zapasów, przez zaciemnienie okien, radzenie sobie z biurokracją i irytującym stróżem, aż po nieudaną ucieczkę do Pillau. Późno pojął, jak nieprawdopodobnie była silna.
Nad ich głowami wyprysnęła ciężka seria wybuchów. Leżeli zupełnie nieruchomo, jakby zastygli w uścisku na wieczność. Piwniczne żarówki migotały dłuższą chwilę upiornym świat łem, aż zupełnie zgasły i nastał mrok. Dobiegły ich zduszone okrzyki przerażonych sąsiadów, które zaraz zagłuszyło ponowne dudnienie. Ziemia zdawała się drżeć od ryku dział. Ktoś dostał ataku paniki i szlochał gwałtownie. Ale ona była spokojna. Jej pierś unosił równy oddech. Ciepło pleców ogrzewało jego tors, promieniowało na całe ciało, jakby go chroniła. Pomyślał, że nie miała czego się bać. Przeszła już wszystko, co mogła przejść. Przeszła wszystko to, co najgorsze.

[...]

Obudził go chlupot. Dopiero po chwili poczuł przeraźliwe zimno. Zachłysnął się, próbował szeroko otworzyć oczy, ale strugi wody spływały mu po twarzy i bezlitośnie wdzierały się pod powie ki. Pamiętał, że szedł przez las, potykał się i szedł dalej. Tylko tyle. Nic więcej. Przetarł oczy słabą dłonią, zamajaczyły ludzkie kształty. Ktoś odezwał się po niemiecku. Był rozkojarzony, próbował coś powiedzieć, ale czuł się tak, jakby jego usta wypełniał piasek. Przenieśli go we dwóch na siennik i przynieśli mu wodę. A potem karmiła go mała dziewczynka, ale jej twarz rozmywała się i widział tylko cienki warkoczyk spleciony z płowych włosów. Zapadł w sen, a potem budził się kilkakrotnie, bredził, jadł i pił łapczywie, kształty zys kiwały ostrość, bełkot przeradzał się powoli w sylaby i myś lał, że jeszcze tylko trochę, jeszcze trochę. Byle przetrwać.
Doglądali go chłopi. Był w Wendehnen. Słabym głosem, powoli wydukał: Max Kruschka, Arzt, Rastenburg. Gospodarz długo milczał.
– Rastenburg spalony – powiedział w końcu. – Jeśli kogoś pan szuka, to niewielkie szanse, że go pan znajdzie.
Poprosił o wodę. Pił, spał, myślał. Myślał coraz jaśniej, coraz bardziej klarownie. W końcu poprosił o przywołanie gospodarza i szeptem wytłumaczył, jak dojechać do domu za Carlshofem. Do domu, który Berndt dzierżawił od ojca.
Wieźli go furmanką. Zawinięty w skóry leżał na wznak. Korony drzew przesuwały się po nieboskłonie i czuł się jak dziecko w kołysce, a świerki i sosny podziwiały go milcząco jak najstarsi członkowie rodziny. Tak starzy, że nic już nie mówili. Tak starzy, że w ich oczach tkwiło zrozumienie tylko dla niemowląt i rocznych berbeci. Furmanka trzęsła się, ale czuł się tak, jakby bezszelestnie dryfował w łodzi. A potem niczego już nie pamiętał, bo znowu spał i spał. A gdy się budził, dziewczynka znowu karmiła go łyżką i podawała mu wodę. I znowu gospodarz chodził wokół łóżka, siadał, pytał, a on nie umiał nic powiedzieć. Drugiego dnia pojął, że gospodarzem był ojciec. Że dziewczyna była dorosła i nie mówiła po niemiecku, tylko po polsku. Nie wiedział jeszcze, skąd mogła się tam wziąć, ale zaczął z nią rozmawiać i wyraźnie się ucieszyła, że mówił płynnie w jej języku. Opowiadała mu o czymś z przejęciem, ale nic z tego nie rozumiał. Nie wiedział, co było jawą, co snem. Jadł, pił i słuchał. Patrzył na nią z wdzięcznością, gdy opatrywała mu stopy. Znów zasypiał. I znów dryfował w łodzi płynącej przez las. Z wody wynurzały się fantastyczne kształty, jak ze szkiców, które malował Otto. Czuł zapach owoców tak dojrzałych, że pękała na nich skóra. Natychmiast ślinił się, a jego usta wypełniały się ich sokiem. A potem nad lasem przelatywały radzieckie bombowce. Budził się zlany potem, a w ustach wciąż czuł sok. Szybko wracał do zdrowia i wkrótce zaczął z nią rozmawiać. Może dlatego, że ojciec nie był skory do rozmów. Nie pytał go o mieszkanie i sklep, o towary i skład, nie pytał o pieniądze i ojcowskie kontakty handlowe. Jeśli ojciec był tutaj, nie w Rastenburgu, nie było już o co pytać. Pomyślał z goryczą, że nawet teraz, gdy wszystko było skończone, ich stosunki wyglądały tak, jak zawsze.Dziewczyna pochodziła z Litwy. Miała duże, migdałowe oczy w ciemnym kolorze i delikatny głos, z którego brzmienia wywnioskował, że bała się Horsta. W lewym skrzydle domu leżeli jej rodzice, oboje drobni i zasuszeni, na oko zbyt starzy, by mogli ją spłodzić, przebywali w ostatniej izbie i prawie nigdy z niej nie wychodzili. Jak żywe mumie. Czasami zapominał, że w ogóle tam byli. Obiecał jej, że jak tylko wydobrzeje i odzyska siły, zajmie się jej ojcem, choć doświadczenie podpowiadało mu, że staremu zostały najwyżej dwa miesiące życia. W rzadkich chwilach przytomności tylko charczał. Chciał być z nią uczciwy. Powie dział, że jej ojciec umrze. Kiwnęła głową z powagą i poprosiła, by jej nie wyrzucali. Zapewnił, że nic takiego się nie stanie, ale tej noc nie mógł spać. Znał ojca na tyle dobrze, że mógł się domyślić, co jej nawygadywał. Wiedział, czego się po nim spodziewać. Wiedział, z czego brała się jego pogarda i jak głęboko sięgał jej żelazny uścisk. Od tej pory przyglądał im się bacznie, jakby chciał uprzedzić wybuch złości, zapobiec ojcowskiej furii. Przed oczyma stawały mu sceny z dzieciństwa z zastraszoną matką. Podobno kiedyś był inny, przed Wielką Wojną, przed tym, jak go spłodził, przed tym, jak wrócił z wojny i zajął się kupiectwem, ale Max nie mógł go wtedy znać. Matka zaszła w ciążę, gdy ojciec był na przepustce, na samym początku dziewięćset piętnastego roku. Urodził się dziewięć miesięcy później i poznał ojca dopiero po zakończeniu wojny. Bał się go – jego surowości i złości, tego, jaki był pryncypialny i jednocześnie porywczy. Największy lęk budziła proteza, dziwny kształt ze sztucznego tworzywa, który fascynował go i odpychał. Z perspektywy lat uważał, że ojciec mścił się na matce za wojnę i za utraconą nogę. Obwiniał ją o swe kalectwo i wciąż podejrzewał ją o zdrady. Max pomyślał o tym, jak sam pieklił się na Gudrun, jak zawsze, bezustannie był o nią zazdrosny, i jego twarz pokrył rumieniec wstydu. Nie chciał zmienić się w swego ojca. Nigdy nie chciał stać się człowiekiem, który wpędził m tkę do grobu.
Następnego dnia był niewyspany, ale czuł się silny. Poprosił o spacer. Dziewczyna bez ceregieli objęła go, pomogła mu wstać i ruszyli. Odciski na stopach piekły niemiłosiernie, przez co ledwo stawiał kroki. Przeszli przez izby, w których nikogo nie było, i wyszli przed dom. Siedzieli na ławce, która stała pod jego frontową ścianą od niepamiętnych czasów, i patrzyli na pierwsze oznaki wiosny. Drzewa owocowe były jeszcze nagie i pomyślał, że stęsknił się za surowością mazurskiego klimatu. W Königsbergu bywało mroźno, ale wszystko łagodziło morze. Tu nie było morza, tylko ścinane lodem jeziora i gęsty, mroczny las. W innych częściach Rzeszy już dawno pojawiały się pierwsze listki i nowe pędy. Tutaj wiosna wybuchała dwa lub trzy tygodnie później przerażającą w swej gwałtowności erupcją, jakby w swym nieokiełznaniu przyroda spieszyła się ze wzrostem, pyleniem i rozrodem, zanim zetnie ją pierwszy październikowy przymrozek. Jakby wszystko wokół miało tylko krótką chwilę na pełnię życia.
Pytał ją o żołnierzy, o cywili, o to, jak się miały sprawy w okolicy, a ona opowiadała szczerze i uczciwie. Martwiło go zniszczenie Rastenburga, choć nie był spalony w całości; cieszył się, że wciąż było tu trochę Niemców; współczuł napływającym zewsząd uciekinierom z Polski, Litwy, nawet z głębi Rosji. Wiedział, że dzielili wspólny los. Jak zbudować nowy świat na zgliszczach? Czy kogokolwiek jeszcze obchodzili? Nie pytał jej o front, Berlin, ofensywę Armii Czerwonej, jakby było to zupełnie nieistotne. Miał dość wojny.
Przeszedł samodzielnie do kuchni. Podała mu miskę z parującymi kartoflami. Jadł łapczywie, parząc sobie podniebienie, szczęśliwy, że wraca do zdrowia. I dlatego, że w domu nie było ojca – ta dziwna myśl wzbudziła w nim poczucie winy. Zajęła go nagle historią o Gertraud. Słuchał z uwagą, wzruszony, że unikała opowieści o losach dziewczyny w obozie. O gospodarzach ledwie napomknęła. Skupiła się na tym, co było piękne. Słuchał, jak opowiadała. Patrzył, jak się poruszała. Była w niej chłopska śmiałość. Miała siłę, z której nie zdawała sobie sprawy. I czy przez to, że dostrzegł, jak była młoda i ładna, czy przez nagłe poczucie mocy, które rozpierało go tylko dlatego, że zrobił parę żałosnych kroków i samodzielnie zjadł podany posiłek, a może przez to, że w drodze powrotnej objął ją w pasie i poczuł pod płócienną koszulą ciepło jej ciała, które zelektryzowało go i płynęło przez jego ciało, nie napotkawszy żadnego oporu, rozlewało się naturalnie i gwałtownie, aż stwardniał – gdy położyła go do łóżka, przytrzymał ją za rękę i pocałował w usta z ufnością małego dziecka. Zadrżała i spuściła oczy. Przez chwilę jej pierś unosiła się szybciej, jakby przeraziła ją oczywistość tego gestu. Zastanawiała się, a on czekał na jej decyzję cierpliwie, ze spokojem, jakby wiedział, że to nieuchronne. Podniosła na niego wzrok, ściągnęła koszulę i wśliznęła się do łóżka. Może była w tym rozpacz, nie umiał tego ocenić. A może i ona chciała o kimś zapomnieć, tak jak on chciał zapomnieć o Gudrun. Nie dbał o to i ona też zdawała się tym nie przejmować, bo, gdy obrócił się na nią i przygniótł ją swoim ciężarem, powolutku rozchyliła nogi. Była mokra i gorąca tak, jak tylko młode ciało być potrafi. I choć nie miał siły na wiele, dotykał ją tak, jak dotykał Gudrun, żeby było jej przyjemnie. Tak, żeby jej nie stracić. Drugiego razu by nie przeżył. Na drugą stratę nie mógł sobie pozwolić. Zaniosła miski do sypialni rodziców. Upewniła się, że ojciec był przytomny, a matka miała dość sił, by go nakarmić. Jej koścista ręka trzęsła się, ale łyżka trafiała do ust ojca. Nie chciała zastępować matki. W takich chwilach czuła, że miała błogość w sercu, i po ciele rozlewało się ciepło. Wystarczyło na nich spojrzeć. Było między nimi coś, do czego nie miała dostępu. Wzmocnione przez kilka dekad wspólnego życia i wspomnień tliło się między nimi maleńkim płomykiem. Siwe włosy matki, zmęczony wzrok ojca, który na jej widok, nawet w największym cierpieniu, wyraźnie się rozpromieniał. Gdy tak na nich patrzyła, zapierało jej dech i się wycofywała.
Postawiła miski przed Niemcami, starym i młodym. Trzecią wzięła dla siebie. Siadła na drugim końcu stołu, naprzeciwko Horsta.
Stary jadł z ociąganiem. Przelewał zupę z łyżki do miski, z łyżki do miski i wciąż łypał. Była przyczajona jak struchlały zając, którego uszy badawczo obracają się w każdą stronę. Zerkała na niego z ukosa. Zaczął jeść. Cicho siorbał. Na dźwięk zasysa nego z posiłkiem powietrza przeszedł ją dreszcz. Znów się jej przyglądał wodnistymi, niebieskimi oczami starego człowieka. W każdym jego ruchu widziała upór i prosty, żołnierski sposób bycia, które zdążyła już poznać. Byle się nie bać – pomyślała. Byle tylko się nie bać. Odchrząknęła i spojrzała mu prosto w oczy. Potarł językiem o wystający kieł, jakby coś mu weszło w zęby. Spłoszyła się i wbiła wzrok w talerz.
– Schande – syknął po niemiecku.
Max zastygł z łyżką nad zupą.
– Schande – powtórzył głośniej, chrapliwie.
Spojrzała na jednego, na drugiego. Nie rozumiała, co się działo, ale miała swój instynkt. Wiedziała, że chodziło o nią. Szybko dokończyła zupę i wyniosła miskę do kuchni. Max wciąż siedział przy stole z łyżką w powietrzu, jakby nie wiedział, czy jeść. Stary wstał od stołu i poszedł do swojej izby. Zostali sami. Max westchnął i znów zanurzył łyżkę w zupie. Zerkała na niego i nie wiedziała, co powiedzieć. Jadł szybko, jakby się spieszył. Jak skarcone dziecko, które boi się powrotu ojca – tym razem z rózgą lub paskiem w dłoni. Pod językiem czuła znany smak żalu. Chciała się odezwać i bała się, że powie coś niewłaściwego.
– Twój ojciec jest zły? – odważyła się w końcu.
Spojrzał na nią. Milczał chwilę, a potem przeciął dłonią po wietrze, jakby chciał, żeby go o nic nie pytała.

[...] 

© Wydawnictwo Cyranka, 2023, 2026
Translated by Andreas Volk

[...] Sie kamen zu einer Wohnung in Maraunenhof, wo Max einem Bekannten Lehndorffs vorgestellt wurde, und sofort holten sie ihre Rucksäcke hervor. Der Wohnungsbesitzer war ein Orthopäde, der in einer Vorstadtklinik arbeitete. Die vorrückenden Truppen hatten ihn zur Flucht gezwungen. Dabei hatte er die Geistesgegenwart besessen, zwei Koffer mit Medikamenten, Verbandszeug und leichteren chirurgischen Instrumenten mitzunehmen. Er sprach wenig und war sichtlich erschöpft. Er war, seinem Äußeren nach zu urteilen, um die sechzig, und Max sah, dass er sich aufgegeben hatte. Ihn überreden zu wollen, bei ihnen im Lazarett zu arbeiten, wäre ein sinnloses Unterfangen. Hinter der Spitzengardine schaute er aus dem Fenster und weidete sich an dem Anblick der fast unzerstörten Straße. Die Villen standen unberührt da, nur die außer Betrieb befindliche, da entgleiste Straßenbahn und die allgegenwärtige Leere zeugten davon, dass die Belagerung andauerte. Die Häuser gehörten Anwälten, Ärzten, hohen Beamten und Kaufleuten. Der Crème der Königsberger Gesellschaft. Die Visitenkarte der Stadt.
»Sehen Sie die Tragheimer Kirche?«, fragte Lehndorff plötzlich. »Wissen Sie, dass Richard Wagner dort geheiratet hat?«
Max sah ihn verwirrt an.
Lehndorff lächelte. »Gehen wir. Unterwegs zeige ich Ihnen etwas.«
Sie gingen lange, ihr Weg führte an Villen vorbei, durch Parks, zwischen zerschossenen Bäumen und Backsteinhaufen hindurch. Die rauchige Luft brachte Max zum Husten, das Donnern der Artillerie und das Pfeifen der Geschosse zerschnitten im Sekundentakt die Luft. Lehndorff schien wie von Sinnen zu sein, und Max wagte es nicht, sich ihm zu widersetzen. Er stolperte über irgendwelche Gegenstände und Eisenteile. Alles war zertrümmert, schmutzig, mit Staub und Ruß bedeckt. Sie sahen keine Brände, aber er wusste, dass die Flammen in anderen Stadtteilen wüteten. Lehndorff sprang behände über den Schutt, kletterte auf Trümmer und sprang wieder hinunter, lautlos und leicht, als hätte er keinen vollgepackten Rucksack auf den Schultern und als würde er keine Müdigkeit spüren.
Endlich erreichten sie ein hohes Mietshaus. Mittendurch aufgeschlitzt, entblößte es vor den Blicken der Passanten schamlos sein Innenleben. Wie durch ein Wunder stand das Gebäude noch und stellte eine spiralförmige Jugendstiltreppe und zerteilte Räume zur Schau. Eine halbe Küche mit grünen, blumengemusterten Fliesen. Ein halbes Schlafzimmer mit einer vor sich hin faulenden Fülle von Kleidungsfetzen, die wie ausgeweidete Gedärme von einem Bett herabhingen. Ein halbes Kinderzimmer mit einer Unmenge von Spielsachen, die wie die Perlen einer geplatzten Kette verstreut herumlagen: Eisenbahnwaggons, noch mehr Klamotten, Holzbausteine, Spielzeugsoldaten, angesengte Bücher. Überbleibsel aus der Kindheit, die umso stärkeres Bruststechen hervorriefen, als sie ihm vertraut waren. Auf dem Boden entdeckte er eine Wilhelm-Busch-Illustration: Der Bäcker schiebt Max und Moritz in den Ofen. Er erstarrte und betrachtete die Szene, als sähe er sie zum ersten Mal.
»Ach, hier sind Sie«, hörte er Lehndorff sagen und hob den Kopf. »Folgen Sie mir, bitte.«
Wasser tropfte von der Decke, die teilweise zerbombte Treppe endete in hellem Licht, als fehlte das Endstück. Auf den letzten Stufen ragten Lehndorffs Beine aus einem gleißenden Abgrund. Der Graf blieb stehen und wartete auf ihn, was ihm absurd erschien, schließlich gab es nur einen Weg nach oben.
Er stieg die Stufen hinauf, vorbei an verbogenen, ineinander verknäulten Drähten und einer brandgeschwärzten Mauer mit einem langen Riss. Sie sah aus wie ein düsterer Obelisk. Als Max sich oben zeigte, reichte ihm Lehndorff die Hand, und dann standen sie auf dem, was wohl einmal ein Dachboden gewesen war. Gleich neben ihnen bildete eine hölzerne, völlig verrußte Zwischenwand den letzten Überrest der Dachkonstruktion. Über ihren Köpfen rauchte der graue Himmel.
»Mögen Sie infernalische Anblicke, Herr Doktor?«, Lehndorff lächelte seltsam und trat hinter die Zwischenwand.
Sein Herz klopfte unruhig, und es packte ihn die Angst, aber nicht, das war ihm bewusst, weil er einen Luftangriff befürchtete, sondern weil er ahnte, dass das unausweichliche Ende des Weges unmittelbar bevorstand. Etwas zog ihn zu dem Ziel, das sich gleich in voller Pracht vor ihm entfalten sollte, also schluckte er und ging weiter.
Vor ihnen breitete sich das Panorama der Stadt aus. Ein Meer aus Feuer und Rauch, aus dem schartige Gebäudestümpfe herausragten, verdeckte die Bucht vollständig. Vergeblich hielt man nach dem schimmernden Wasser Ausschau. Es brannten Kirchtürme, Mietshäuser, Max betrachtete die stark beschädigten Basteien der Festungsanlage, die gesprengten Brücken, die Gebäudeskelette der Speicher auf der Lastadie und den in Trümmer liegenden Kneiphof – ein Andenken an die Luftangriffe der Royal Air Force.
Es war seltsam still. Das Donnern der Artillerie schien aufgehört zu haben, kein einziges Geschoss durchschnitt den Himmel, es kam ihm vor, als würde er nur die prasselnden Flammen hören. Etwas blendete ihn, und er bedeckte mit der Hand seine Augen.
So stand er einen Moment lang da, bevor er es erneut wagte, auf die grenzenlose Zerstörung zu blicken. Königsberg. Die Perle des Nordens. Fast dem Erdboden gleichgemacht.
Lehndorff wirkte nicht nur beherrscht, sondern geradezu zufrieden. Er atmete tief ein, als wäre er auf einer Bergwanderung, und stemmte die Hände in die Seiten.
»Ein herrlicher Anblick, nicht wahr?«, wandte er sich an Max. »Ich komme manchmal hierher, um zuzusehen. Sie werden lachen, aber ich habe mir sogar ein Stühlchen besorgt.«
Er verschwand hinter der Zwischenwand und kam kurz darauf mit einem metallenen Klappstuhl zurück, der wahrscheinlich mal ein Gartenstuhl gewesen war. Er stellte ihn auf und machte es sich bequem, den Knöchel des linken Fußes auf das rechte Knie gelegt, saß er schlank, hochgewachsen und ruhig wie immer da. Er zog ein Päckchen Zigaretten hervor und zündete sich mit eleganter Geste eine an.
»Ich hätte nicht gedacht, dass Sie rauchen«, murmelte Max.
»Ich rauche ja auch nicht«, erwiderte Lehndorff, »nur hier.«
Max wandte sich der Stadt zu. Seine Augen füllten sich mit Tränen. Er spürte den beißenden Rauch in der Speiseröhre. Das Feuer loderte und lichtete sich von Zeit zu Zeit, um immer neue Ansichten freizugeben. Hier pflegten Gudrun und er in die Konditorei zu gehen. Dort traf er sich mit seinen Arbeitskollegen an schwülen Sommertagen auf ein kühles Bier. Irgendwo in der Nähe der gerade einstürzenden Mauer hatte er vor vielen Jahren zur Untermiete bei einer gewissen Frau Scharf gewohnt, die ihn verführt hatte und dann, als er ausgezogen war, in ihrer Verzweiflung ständig in der Klinik angerufen hatte, bis sie unter den Erstsemestern einen neuen Liebhaber gefunden hatte.
Er drehte sich zur Seite und räusperte sich. Lehndorff saß gedankenverloren da und rauchte seine Zigarette, die er sichtlich genoss.
»Glauben Sie, Beethoven hatte Schuldgefühle?«, fragte er plötzlich.
»Nein«, antwortete Lehndorff trocken.
»Wegen der Eroica, weil er Napoleon sein Vertrauen schenkte«, fuhr Max fort, »bevor sich dieser zum Kaiser krönte und den Krieg anzettelte, wegen …«
»Nein, das glaube ich nicht«, unterbrach ihn Lehndorff.
Er schwieg und betrachtete die Stadt.
»Was für ein Anblick. Fehlt nur noch die passende Orchestermusik dazu.«
»Beethovens Siebte
»Nein, nein«, Lehndorff lachte. »Etwas Triumphales. Kein Trauermarsch, etwas zu Ehren der Sieger. Sehen Sie«, er schien Max mit seinen blassgrauen Augen zu durchbohren, »hier endet unsere Geschichte. Für uns ist da kein Platz. Aber um auf Ihre Frage zurückzukommen … Es gibt dazu verschiedene Theorien. Manche sagen, Beethoven habe an einer Bleivergiftung gelitten. Andere wiederum, er habe Syphilis gehabt. Aber was auch immer es gewesen ist, ich glaube nicht, dass er mit fortgeschrittener Krankheit noch zu irgendwelchen Reflexionen fähig war.«
»Aber Sie haben doch selbst gesagt, dass er ein aufgeklärter Mann war.«
»Die Krankheit zermürbt auch den aufgeklärtesten Menschen, Herr Doktor«, sagte Lehndorff vielsagend lächelnd. »Zum Schluss reichte es nur noch zu syphilitischen Wutausbrüchen, oder aber er litt an Gedächtnisstörungen, falls wir von einer Bleivergiftung sprechen.«
Max wandte sich wieder der Stadt zu. Er hatte das Gefühl, dass sie vor seinen Augen zerbröckelte wie eine fragile Figur.
»Sie quälen sich jetzt«, hörte er Lehndorff hinter sich sagen, »weil Sie ›Heil Hitler!‹ geschrien und die Hand nach oben gestreckt haben. Sie waren nicht der Einzige. Alle haben das gemacht.«
»Und Sie?« Er blickte in Lehndorffs blasses, längliches Gesicht.
»Ich? Nun, nicht dass ich wüsste. Und selbst wenn es mal passiert sein sollte, hat es keine Bedeutung. Sehen Sie«, zischte er durch die Zähne, »ich bin von Anfang an hier gewesen, ich habe immer gewusst, wie es enden wird.«
[...]

Im Oktober zweiundvierzig fuhren sie für ein paar Tage zur Erholung auf die Kurische Nehrung. Sie war neugierig auf die Wanderdünen und die sich bietenden Ausblicke. Sie saßen im Sand, ihr Rücken an seine Brust gelehnt, und sahen versonnen vor sich hin. In der Ferne flimmerte träge das Meer. Die Tage waren noch warm. Der Sand war warm. Ihr Rücken war warm. Allein die Brise vom Meer war kühl und frisch. Am Horizont schaukelten Fischkutter, ab und zu wehte der Wind die Rufe der Fischer herüber. Das gleichmäßige Rauschen der Wellen beruhigte ihn.
»Weißt du, woher das Wort ›Nehrung‹ stammt?«, fragte er plötzlich. »Von Neringa. Aus der Mythologie der hiesigen Volksstämme. Die Pruzzen glaubten an verschiedene Gottheiten, zum Beispiel an Kurko, die Göttin der Fruchtbarkeit und der Ernte. Oder an Perkun, den Gott des Krieges, der über den Kosmos herrscht, über Sturm und Gewitter.«
»Wie Zeus?«, flüsterte sie.
»Ja, ein wenig wie Zeus«, er lachte. »Doch außer ihren Göttern hatten sie auch noch verschiedene Erzählungen, Legenden, Heroen. Neringa war der Name eines Mädchens, von dem sich das deutsche Wort ›Nehrung‹ und der entsprechende Ausdruck im Litauischen, nerija, ableiten. Das Mädchen wuchs zu einer Riesin heran, es saß am Ufer und spielte mit dem Sand. Die Küstenbewohner beklagten sich bei ihr, dass sie unter den heftigen Wetterumschwüngen und Stürmen zu leiden haben und von der aufgepeitschten See geplagt werden. Daraufhin schüttete die Riesin die Nehrung auf.«
»Und alles beruhigte sich?« Eine Bö wehte plötzlich ihre Haare auf.
»Nein«, antwortete er. »Das ist nur eine Legende. In Wirklichkeit war es ganz anders.«
Er erzählte von den Wanderdünen und Siedlungen, die jahrhundertelang einen rituellen Tanz zu vollführen schienen, von verlassenen Häusern und der Neuansiedlung mehrere Kilometer weiter, von dem launenhaften Sand, der ständige Veränderungen erzwang. Von Hungersnöten und Pestplagen, die die Dörfer heimsuchten, von den Bewohnern dieser gespenstischen Landschaft, von den flüchtigen Ansichten, die sich innerhalb weniger Jahre ändern konnten. Die Häuser derer, die vom Meer lebten, standen an seinem Ufer, verschwanden irgendwann, um vereinzelt an anderer Stelle wiederaufzutauchen, stets im Gleichschritt mit den sich bewegenden Dünen. Ein Wanderer, der nach einiger Zeit hier erneut vorbeikam, hätte meinen können, die erinnerte Landschaft spiegelverkehrt zu sehen. Als hätte sich nichts verändert, wenngleich alles völlig anders aussah. Und wer vor Jahrhunderten die Nehrung durchwandert hatte und sie viele Jahre später wieder besuchte, hätte es mit der Angst zu tun bekommen, sich womöglich gefragt, ob dieses Land überhaupt existierte oder nicht doch bloß eine Täuschung war, eine von den uralten Göttern gestellte Falle.
Er erzählte von Kriegen, derentwegen Wälder abgeholzt wurden, für den Bau von Schiffen und Belagerungsmaschinen. Und davon, wie dieser Kahlschlag zur Katastrophe führte, weil nichts mehr die Dünen aufhielt. Sie verschlangen mit noch höherer Geschwindigkeit ganze Fischerdörfer. Der Sand verschluckte Häuser, zitterte, schlängelte sich, erhob sich in die Lüfte, ballte sich zu kilometerlangen Hügeln, fiel dann wieder in sich zusammen und wurde in alle Winde verweht. Er sprach davon, wie man begonnen hatte, die Nehrung von Neuem aufzuforsten und künstliche Dämme zu errichten. Doch letzten Endes passte sich der Mensch seiner Umgebung an und fand einen Weg, um in dieser chimärischen und unberechenbaren Landschaft zu bestehen, die einem lebendigen Organismus glich.
Dann verstummte er. Er legte das Kinn auf ihre Schulter und betrachtete das Meer. Ihr Körper verströmte eine außerordentlich wohltuende Wärme. Beinah hätte er vergessen, dass es bereits Herbst war, und nur ein zarter Windstoß, dessen salzige Kühle er auf dem Gesicht spürte, erinnerte ihn daran, dass das Haff schon bald zugefroren sein würde. Gudruns Haare rochen nach frischer Meeresbrise und lockten sich im feuchten Wind.
Sie kehrten in die Fischersiedlung zurück. Dort hatten sie ein kleines Häuschen gemietet, das ein nebenan wohnendes altes Ehepaar während der Urlaubssaison an Sommergäste vermietete. Er beobachtete das Paar einen Augenblick lang neugierig. Der pensionierte Fischer wärmte seine Knochen an einem Kanonenofen. Das zierliche, runzelige Mütterchen, in dessen überraschend schwarzem Haar er nicht eine einzige grau glänzende Strähne ausmachen konnte, brachte ihnen Essen und ein paar Schaffelle. Der Alte heizte ihnen den Ofen an. Sie unterhielten sich untereinander auf Lettisch. Oder war es ein lokaler Dialekt? Sie sprachen ein ostpreußisches, leicht gedehntes Deutsch; er musste lächeln, denn es erinnerte ihn an seine alten Tanten aus Rastenburg und ihre lang gezogenen Sätze, die auseinandergespannten Fischernetzen ähnelten. Sein Vater und er vermochten schon nicht mehr, so zu sprechen.
Er fühlte sich wohl. Vielleicht weil niemand von ihnen verlangte, sich auszuweisen, niemand nach ihren Namen fragte, und weil das alte Mütterchen Gudrun als seine Frau bezeichnete, obwohl sie keine Eheringe trugen. Oder hatte sein Wohlbefinden einen völlig
anderen Grund? Grenzenloses Glück erfasste ihn. Ein Glück, das ihm als ganz natürlich erschien. Kühl und melancholisch wie das Treiben auf der Ostsee. Sie liebten sich auf den Fellen vor dem Ofen, denn das Haus war derart ausgekühlt, dass es zu kalt war, ins Bett zu schlüpfen. Sie zitterte und atmete rhythmisch, dabei schoss ihm der Gedanke durch den Kopf, dass es dasselbe endlose, flüssige und unermessliche Glück war wie die Wellen, die gegen die Bordwand schlagen. Als sich ihre Muskeln ein letztes Mal anspannten, um sich dann selig zu entkrampfen und ihn aus ihrer Umklammerung zu entlassen, und er auf den Rücken sank, lagen sie nebeneinander, den Blick an die Decke geheftet, und er hatte das Gefühl, dass alles so war, wie es sein sollte. Sogar die Kälte des Hauses – und vielleicht gerade sie im Besonderen – bewirkte, dass er in dieser seltsamen, kapriziösen Landschaft, in diesen Geisterdörfern, dort war, wo er seit jeher hingehörte. Vielleicht hätte er Fischer werden sollen.
»Ich liebe dich«, flüsterte er. »Niemanden habe ich je so geliebt, und niemanden werde ich je so lieben.«
»Ich weiß«, sagte sie. »Ich liebe dich auch. Vom ersten Moment an.«
Er deckte sie zu und schmiegte sich an sie. Ihr Herz, bereits ruhiger, schlug gleichmäßig, und nach und nach wurde er schläfrig.
Doch sie schlief nicht, schaute unentwegt an die Decke. »Max?«, fragte sie plötzlich. »Was ist mit den Menschen passiert?«
»Welchen Menschen?«
»Die hier gelebt haben.«
Es war noch immer keine wirklich präzise Frage, und er ertappte sich bei dem Gedanken, dass im Laufe der Jahrhunderte so viele Menschen hier durchgezogen waren, dass er selbst nicht wusste, wer hier gelebt hatte und wessen Stern nur kurz aufgeleuchtet und wie eine Sternschnuppe verglüht war.
»Wurden sie gewarnt? … In den verschütteten Dörfern? Konnten sie rechtzeitig fliehen? Oder wurden sie vom Sand begraben, während sie in ihren warmen Betten schliefen?«
Er schwieg eine Weile. Die Fenster knarrten im Wind. In der Ferne schäumte die aufgewühlte See.
»Das weiß ich nicht«, flüsterte er, als wäre er selbst überrascht, ihre Frage nicht beantworten zu können.
»Wussten sie von der drohenden Gefahr? Musste erst jemand im Dünensand umkommen, bevor sie ihr Dorf verlegten?«
»Keine Ahnung«, murmelte er verlegen. »Komm zu mir, du frierst sonst.«
Sie umarmte ihn und zupfte die Decke zurecht, um den kalten Luftzug von ihnen fernzuhalten. Doch sie schlief nicht ein. Als er in den Tiefen des Schlafes versank, spürte er noch immer das Kitzeln ihrer Wimpern auf seiner Haut.
Am nächsten Tag fuhren sie mit den Fahrrädern nach Nidden. Das Meer hatte sich beruhigt, und die Sonne wärmte angenehm das Gesicht. Es ging nur geradeaus, die Rockschöße ihrer leichten Mäntel flatterten wie Segel im Wind. Weit kamen sie nicht. Über Nacht war ein Teil des Weges von Sand verschüttet worden. Die Räder sanken ein und drehten sich auf der Stelle. Also gingen sie zu Fuß weiter, und machten ihrem Unmut Luft, die Fahrräder mitschleppen zu müssen, trösteten sich aber damit, dass es nur wenige Kilometer waren. Zwischendurch stiegen sie immer wieder ein Stück auf und scherzten.
Nidden machte einen ausgestorbenen Eindruck. Die Pensionsgäste hatten den Kurort mit dem Ende der Saison verlassen. Sie aßen ihr zweites Frühstück in einer kleinen Kneipe am Ufer, die hauptsächlich Bier ausschenkte, womit die vom Fang zurückkehrenden Fischer geködert wurden. Doch die Boote schienen noch draußen in der Bucht zu sein, denn sie waren die einzigen Gäste. Das Essen war schmackhaft, und das Wetter zeigte sich von seiner Schokoladenseite. Die Sonne wärmte ihre Gesichter, und wäre nicht die kalte Nacht gewesen, man hätte kaum glauben können, dass es schon Ende Oktober war. Gudrun strich sich die vom Wind zerzausten Haare aus dem Gesicht und hielt es in die Sonne. Sie war bester Laune.
Sie ließen ihre Fahrräder vor der Kneipe stehen und machten sich zu Fuß auf den Weg durch die Gassen zum ehemaligen Sommerhaus von Thomas Mann. Sie schaute sich neugierig um, immer wieder war ihr Lachen zu hören. Doch als sie sich ihrem Ziel näherten und von Weitem das Gebäude sahen, verstummte sie.
Das Haus stand am Ende einer Gasse. Ein leicht gedrungenes Holzhaus, vom Stil her ähnelte es den Fischerhütten in der Umgebung. Es erinnerte ihn an die norwegische, vielleicht sogar an die russische Architektur, allerdings war der Bau einfacher, weniger verziert. Die Firstkrone bestand aus zwei sich kreuzenden geschnitzten Pferdeköpfen. Das von Kiefern umstandene Haus war trotz der Umzäunung deutlich zu sehen. Im Hintergrund öffnete sich der Blick auf das Meer. Er trat näher, doch Gudrun blieb stehen. Er drehte sich nach ihr um. Sie stand da wie angewurzelt, bleich, und starrte sichtlich beunruhigt auf das Haus.
»Komm«, sagte er. »Sehen wir es uns aus der Nähe an.«
Sie schwieg. Er folgte ihrem Blick, kniff die Augen zusammen. In dem von schweren Läden umrahmten Fenstern spiegelte sich das fahle Herbstlicht. Vor dem Eingang hatte man zwei Hakenkreuzfahnen gehisst, die, immerhin taktvoll genug, sich um die Stange gewickelt hatten, als wäre ihnen ihre Anwesenheit an diesem Ort peinlich. Er blickte wieder zu Gudrun. Sie presste die Zähne zusammen. Ihr Atem ging schneller.
»Gudrun«, begann er mit seiner sanftesten Stimme. »Was ist los? Wir gehen schließlich nicht rein. Nur einmal unauffällig ums Haus.«
Das Haus gehörte nun dem Staat. Doch das war ihnen schon vorher bekannt gewesen. Genau aus diesem Grund hatten sie vereinbart, dass sie das Grundstück nicht betreten würden. Er verstand nicht, wovor sie zurückschreckte.
»Komm.« Er machte eine auffordernde Kopfbewegung.
»Nein«, sagte sie. »Ich will nicht.«
Er sah sie verdutzt an. »Du hast es selbst gewollt …«
»Jetzt will ich aber nicht mehr.«
»Gudrun.« Er seufzte. »Wir sind nur deshalb nach Nidden gekommen. Haben die verdammten Räder durch den Sand geschoben. Du wolltest doch das Haus sehen. Es war deine Idee.«
»Geh, wenn du willst«, erwiderte sie. »Ich warte hier.«
»Extra dafür sind wir gekommen.« Er fühlte sich lächerlich, hilflos. Rieb sich mit der Hand die Stirn, fuhr sich mit den Fingern durchs Haar und schloss die Augen. Ein seltsamer, dumpfer Schmerz pulsierte in seinen Schläfen.
»Es ist nicht mehr sein Haus«, sagte sie ernsthaft. »Es gibt da nichts zu sehen.«
»Aber das wusstest du doch vorher!«, er stöhnte verzweifelt. »Du selbst hast mir die Geschichte dieses Hauses erzählt.«
Solange er sie kannte, hatte sie immer wieder gesagt, wie sehr sie Mann schätzte. Zwar fügte sie stets hinzu, er würde nicht für sie schreiben und sie sich nicht in seinen Figuren wiedererkennen, doch sie schätze ihn. Einmal hatte er sie zufällig dabei erwischt, wie sie einer seiner verbotenen Radioansprachen zuhörte. An diesem Tag war er früher als sonst vom Dienst im Krankenhaus zurückgekommen. Sie hatte den Schlüssel im Schloss nicht gehört. Sie saß im Arbeitszimmer mit dem Rücken zur Tür auf dem Boden, ein Bein untergeschlagen, das Ohr am Lautsprecher. Er war sich nicht sicher, was er damals gefühlt hatte. Er hatte nicht gewusst, wie er reagieren sollte, also zog er die Tür leise zu und ging in die Küche. Er hatte sie nie darauf angesprochen, nie dahingehende Andeutungen gemacht. Er fragte sich, ob sie es absichtlich vor ihm verheimlicht hatte. Oder hatte sie ihn vielleicht doch gehört, als er nach Hause gekommen war, und wollte von ihm erwischt werden? Er forschte nicht weiter nach, wie viel sie wusste und worüber Mann sich in seinen Ansprachen verbreitete, hielt es aber für völlig normal, dass sie auf seinen Vorschlag, einen Ausflug nach Nidden zu unternehmen, begeistert reagiert hatte. Er verstand sie nicht mehr.
»Heute Morgen hast du noch gesagt, du könntest es kaum erwarten«, er hob ratlos die Hände. »Heute Morgen hat dir die Idee gefallen.«
»Ich habe meine Meinung halt geändert«, sagte sie leise.
Er wusste nicht, ob sie vor irgendetwas Angst hatte und was es sein könnte oder ob es nur eine Laune war. Oder vielleicht die Hormone. Sie verhielt sich irrational, aber er wusste nicht, was er tun sollte, damit sie Vernunft annahm.
Er blickte noch einmal zum Haus. Der Wind jagte die Wolken über ihre Köpfe hinweg. Die Umrisse des Gebäudes wurden plötzlich in graues Licht getaucht. Die Dämmerung um das Haus herum verdichtete sich, es sah aus, als würde es im nächsten Moment verschwinden und einen leeren Platz hinterlassen. Dann lichteten sich die Wolken, und Manns Sommersitz glänzte erneut in der Sonne. Er warf einen letzten Blick auf die Pferdeköpfe. Ein Zeichen des Nordens. Die gekreuzten Windbretter zielten schamlos in den Himmel, als wollten sie ihm den Fehdehandschuh hinwerfen. Hinter den dünnen Kiefernstämmen glitzerte das Meer. Er drehte sich um und trat zu ihr. Sie hakte sich bei ihm unter, und sie gingen zurück. Er war ihr nicht böse, es irritierte ihn nur, dass er sie nicht verstand. Auf einen Besuch der ehemaligen Künstlerkolonie verzichteten sie genauso wie auf einen Spaziergang am Meer entlang bis zum Leuchtturm. Ihre Fahrräder schiebend machten sie sich durch den Sand auf den Rückweg nach Perwelk.
Die letzten beiden Tage ihres Aufenthalts waren sonnig. Doch trotz Gudruns Fröhlichkeit und des warmen Wetters fühlte er sich, als umhüllte ihn etwas Klebriges. Als hätte er etwas Zähflüssiges in seiner Brust, klebten ihm die Worte im Mund. Er rief sich ihr Gesicht in Erinnerung, als sie Manns Haus erblickt hatte. Die Fragen, die sie leise vorgebracht hatte und die im Pfeifen des Windes fast untergegangen waren, spukten ihm immer noch im Kopf herum.
Am Tag der Abreise wachte er vor ihr auf. Er konnte nicht wieder einschlafen, fand keine bequeme Lage. Schließlich zog er sich einen Pullover an und ging spazieren. In der Ferne sah er die kleine Gestalt der Vermieterin. Sie war am Ufer emsig zugange, bückte sich immer wieder. Sie war nicht groß, aber kräftig. Ganz in Schwarz. Erst beim Näherkommen erkannte er, dass sie die auf den Pfählen trocknenden Schleppnetze nach Löchern absuchte. Sie bemerkte ihn und richtete sich auf. Als er sie erreicht hatte, sagte sie kein Wort und lächelte auch nicht zur Begrüßung. Sie schien darauf zu warten, dass er sie ansprach. Eine Spezies von Mensch, die keine Worte verschwendete. Sparsam war, wenn es darum ging, Gefühle zu zeigen, rau wie der preußische Wind. Ein seltsamer Schauder durchfuhr ihn.
Einst, lange bevor er in die große Stadt gezogen war und Gudrun kennengelernt hatte, war er selbst einer von ihnen gewesen. Sein Vater und seine ganze Familie waren so. Er versuchte, den Gedanken zu verdrängen. Er mochte sein altes Ich von damals, als er wortkarg, mürrisch und in sich verschlossen gewesen war, nicht sonderlich. Ihr faltiges, von Wind und Sonne gegerbtes Gesicht erinnerte ihn daran, dass er tief in seiner Seele immer noch so war. Als ob sich diese Eigenschaften nicht ausmerzen ließen.
Er sprach sie an, lächelte freundlich, redete wie einer aus der Stadt, in wohlgeformten Sätzen, wobei er ihre und seine Zeit verschwendete. Sie antwortete nicht. Nickte nur unmerklich, als er verkündete, der Tag der Abreise sei gekommen. Also setzte er sich in den feinen goldfarbenen Sand und blickte aufs Meer. Staubkörnchen funkelten in der Luft, stoben auf und sanken nieder. Die Frau besserte das letzte, von einem Pfahl rutschende Netz aus und ging langsam zurück in Richtung Haus.
Als sie an ihm vorbeiging, blickte er ihr ein wenig verlegen ins Gesicht. »Sagen Sie«, begann er, wobei seine Stimme plötzlich heiser klang, »wissen Sie, was mit den Menschen geschah, die zur Zeit der wandernden Dünen hier lebten?«
Sie blieb stehen und zog die schwarzen Augenbrauen zusammen, was ihrem Gesicht einen seltsamen, vogelähnlichen Ausdruck verlieh. Sie schien die Frage nicht zu verstehen.
»Sind die Veränderungen langsam vor sich gegangen, und konnten die Menschen sich in Sicherheit bringen? Sind sie umgekommen? Hat jemand sie gewarnt?«
Die alte Frau drehte sich zur Küste um und nickte nachdenklich. Ihr schwarzes Kopftuch flatterte im böigen Wind. »Nolādētā zeme«, sagte sie. »Nolādētā zeme.«
Er sah sie unverwandt an und wartete darauf, dass sie noch mehr sagen würde. Etwas, das er verstünde. Doch als sie sich wieder dem Haus zuwandte, waren ihr Gesichtszüge wie versteinert, und er begriff, dass er von ihr nichts weiter hören würde.
Er blickte aufs Meer. Die älteste Landschaft der Welt. Aus dem Wasser hervorgegangenes Land, aus dem Wasser hervorgegangenes Leben. Wer behauptete, Meereslandschaften seien statisch und langweilig, hatte sie nie wirklich verstanden. Er fuhr sich mit der Hand durchs Haar und stellte fest, dass der Wind ihn in der kurzen Zeit mit Sandkörnern bedeckt hatte. Er betrachtete seine Hand. Die Körner glitzerten wie ferne Sterne. »Nolādētā zeme«, flüsterte er sich selbst zu, und die letzten Silben barsten im herannahenden Donnern der Artillerie.

Er lag zusammengerollt unter der Decke, fröstelte und schwitzte im Wechsel. Bomben und Geschosse fielen auf die Stadt herab. Er dachte daran, dass er Gudrun hätte vertrauen sollen. Er hatte ihre Angst und ihren Widerstand in Nidden nicht verstanden. Auch ihre Fragen nicht. Ihre Stimmungsschwankungen hatten ihm damals Sorgen bereitet, er hatte sich deswegen schon überlegt, sie in Königsberg zur Blutuntersuchung zu schicken. Jetzt wusste er, dass sie einen sechsten Sinn hatte. Sie ahnte, was kommen würde, lange bevor es eintrat. Und obwohl sie nach ihrem Ausflug auf die Nehrung noch fast zwei Jahre lang ein ruhiges Leben geführt hatten, weit entfernt von den historischen Wirren, herrschte die ganze Zeit über Krieg. Er hatte die untrüglichen Anzeichen, dass nichts so verlaufen würde, wie sie es sich vorstellten, ignoriert: den stetig wachsenden Zustrom an Verwundeten, die schrecklich abgemagerten Gestalten, häufig übersät mit Geschwüren, mit eiternden Wunden und Erfrierungen, Soldaten in einem Zustand, der sich drastisch von dem unterschied, was im Radio täglich mit nicht nachlassender Begeisterung verkündet wurde: dass der Sieg unmittelbar bevorstehe; dazu die schrumpfenden Lebensmittelrationen und das Fehlen mancher Produkte, ein sicheres Zeichen, dass diese mit fliegenden Fahnen zum Schwarzmarkt hinübergewechselt waren.
Gudrun hatte einen Instinkt, den er nicht zu schätzen gewusst hatte. Als er sie kennenlernte, hatte er gedacht, sie wäre gelangweilt, hielt sie für verwöhnt und launisch. Stattdessen erwies sie sich als empfindsam, sinnlich und vorsichtig. Auf alles reagierte sie mit einer geradezu erwachsenen Vernunft, die ihn einschüchterte. Mit der Zeit wurde sie immer ernsthafter und entschlossener. Unermüdlich beschäftigte sie sich mit den Dingen unmittelbar um sie herum, vom Einlösen der Lebensmittelkarten und Anlegen von Vorräten, von der Verdunkelung der Fenster, dem Umgang mit der Bürokratie und dem lästigen Hausmeister bis hin zum gescheiterten Fluchtversuch nach Pillau. Erst spät hatte er begriffen, wie unglaublich stark sie war.
Über ihren Köpfen prasselte eine schwere Serie von Explosionen. Sie lagen völlig regungslos da, als wären sie in einer immerwährenden Umarmung erstarrt. Die Kellerbirnen flackerten längere Zeit und erzeugten ein gespenstisches Licht, bis sie vollständig erloschen und Dunkel hereinbrach. Unterdrückte Schreie der entsetzten Nachbarn drangen an ihre Ohren, die bald von einem weiteren Grollen übertönt wurden. Die Erde schien unter dem Gebrüll der Geschütze zu beben. Jemand erlitt eine Panikattacke und schluchzte heftig. Gudrun aber war ruhig. Ihre Brust hob und senkte sich gleichmäßig. Die Wärme ihres Rückens wärmte ihn, strahlte auf seinen ganzen Körper ab, als würde sie ihn schützen. Er dachte, dass es nichts gab, wovor sie sich fürchten musste. Sie hatte ja schon alles durchgemacht, was man durchmachen konnte. Sie hatte das Schlimmste bereits hinter sich.

[...]

Ein Klatsch weckte ihn auf. Erst nach einer Weile fühlte er durchdringende Kälte. Er verschluckte sich, versuchte, die Augen weit zu öffnen, aber das Wasser rann ihm über das Gesicht, drang unbarmherzig unter die Augenlider. Er erinnerte sich, dass er durch einen Wald gegangen, gestolpert und immer weitergegangen war. Das war alles. An mehr konnte er sich nicht erinnern. Mit schwacher Hand wischte er sich die Augen, unscharfe menschliche Konturen wurden erkennbar. Jemand redete auf Deutsch zu ihm. Er war wie weggetreten, wollte etwas sagen, fühlte sich aber, als wäre sein Mund mit Sand gefüllt. Sie trugen ihn zu zweit auf einen Strohsack und brachten ihm Wasser. Später fütterte ihn ein kleines Mädchen, aber ihr Gesicht verschwamm, und er sah nur einen kleinen dünnen Zopf aus hellblondem Haar. Er fiel wieder in Schlaf zurück, wachte mehrmals auf, fantasierte, aß und trank begierig, die Umrisse gewannen an Schärfe, das Gestammel verwandelte sich langsam in Silben, und er dachte: »Nur noch ein klein wenig, noch ein klein wenig. Hauptsache, überleben.«
Er befand sich in der Obhut von Bauern. Er war in Wendehnen. Mit schwacher Stimme stotterte er: »Max Kruschka, Arzt, Rastenburg.«
Der Bauer schwieg lange. »Rastenburg ist abgebrannt«, sagte er schließlich. »Wenn Sie dort jemanden suchen, sind die Chancen, dass Sie ihn finden, äußerst gering.«
Er bat um Wasser. Er trank, schlief und dachte. Seine Gedanken wurden zunehmend klarer. Schließlich bat er, den Bauern zu holen, und erklärte ihm flüsternd, wie man zu dem Haus hinter Carlshof gelangte. Zu dem Haus, das Berndt von seinem Vater gepachtet hatte.
Sie verluden ihn auf ein Fuhrwerk. Er lag, in ein Fell gehüllt, auf dem Rücken. Die Baumkronen zogen vor dem Himmel entlang, er fühlte sich wie ein Kind in der Wiege, während Fichten und Kiefern ihn stumm bewunderten, so wie alte Leute das taten. Die so
alt waren, dass sie nichts mehr sagten. So alt, dass ihre Augen nur noch für Säuglinge und einjährige Knirpse Verständnis zeigten. Der Wagen rüttelte, doch er fühlte sich, als würde er in einem Boot geräuschlos auf dem Wasser treiben. An mehr konnte er sich später nicht erinnern, denn er hatte wieder geschlafen und geschlafen.
Und als er aufwachte, fütterte ihn wieder das Mädchen mit dem Löffel und gab ihm Wasser. Wieder ging der Bauer im Zimmer herum, setzte sich, stellte Fragen, aber Max brachte kein Wort heraus. Am zweiten Tag begriff er, dass der Bauer sein Vater war. Und dass das Mädchen eine Erwachsene war und kein Deutsch verstand, sondern nur Polnisch sprach. Er wusste zwar nicht, was sie hier machte, aber er begann, mit ihr zu sprechen, und sie war sichtlich erfreut, dass er fließend ihre Sprache sprach. Sie erzählte aufgeregt etwas, doch er verstand nichts von dem, was sie sagte. Er wusste nicht, was Wirklichkeit war und was Traum. Er aß, trank und hörte zu. Er sah sie dankbar an, wenn sie ihm die Verbände an den Füßen wechselte. Und dann schlief er wieder ein. Und wieder trieb er in einem Boot durch den Wald. Aus dem Wasser traten fantastische Gestalten hervor, wie aus den Skizzen, die Otto gezeichnet hatte. Er roch den Duft von Früchten, die so reif waren, dass ihre Haut platzte. Sogleich lief ihm der Speichel im Mund zusammen, der sich mit ihrem Saft füllte. Und dann flogen sowjetische Bomber über den Wald. Er wachte schweißgebadet auf, im Mund hatte er immer noch den Geschmack des Safts.
Er erholte sich schnell, und schon bald begann er, mit ihr zu sprechen. Vielleicht lag es auch daran, dass sein Vater nicht zum Reden aufgelegt war. Max fragte ihn nicht nach der Wohnung und dem Geschäft, nach den Waren und dem Lager, er fragte nicht nach dem Geld und den Geschäftskontakten. Da der Vater hier war statt in Rastenburg, erübrigten sich alle Fragen. Er erkannte mit Bitterkeit, dass selbst jetzt, da alles vorbei war, ihre Beziehung genauso aussah wie eh und je.
Das Mädchen stammte aus Litauen. Sie hatte große, dunkle Mandelaugen und eine zarte Stimme, deren Klang vermuten ließ, dass sie sich vor Horst fürchtete. Im linken Teil des Hauses lagen ihre Eltern, beide klein und verrunzelt, ihrem Aussehen nach zu alt, um sie gezeugt haben zu können, sie hielten sich im hintersten Zimmer auf und verließen ihre Kammer fast nie. Sie glichen lebenden Mumien. Manchmal vergaß er, dass sie überhaupt da waren. Er hatte ihr versprochen, dass er sich, sobald er wieder gesund und bei Kräften war, um ihren Vater kümmern würde, obwohl der alte Herr seiner Einschätzung nach höchstens noch zwei Monate zu leben hatte. In den seltenen Augenblicken, die er bei Bewusstsein war, röchelte er nur. Max wollte ehrlich zu ihr sein. Deshalb sagte er ihr, dass ihr Vater sterben würde. Sie nickte ernst und bat, sie nicht vor die Tür zu setzen. Er versicherte ihr, dass nichts dergleichen passieren würde, doch in dieser Nacht konnte er nicht schlafen. Er kannte seinen Vater gut genug, dass er sich vorstellen konnte, mit was er ihr alles gedroht haben mochte. Er wusste, was man von ihm zu erwarten hatte. Er wusste, woher dessen Verachtung kam und dass sie ihn in eiserner Umklammerung hielt. Von nun an beobachtete er die beiden aufmerksam, als wollte er einem Wutausbruch des Vaters zuvorkommen, verhindern, dass dieser in Raserei geriet.
Er erinnerte sich an Szenen aus seiner Kindheit und an die verängstigte Mutter. Angeblich war der Vater früher einmal anders gewesen, vor dem Großen Krieg, bevor er ein Kind gezeugt hatte, bevor er aus dem Krieg heimgekehrt und Kaufmann geworden war, aber damals hatte Max ihn natürlich noch nicht gekannt. Seine Mutter wurde schwanger, während Vater auf Fronturlaub war, zu Beginn des Jahres neunzehnhundertfünfzehn. Max kam neun Monate später zur Welt und lernte seinen Vater erst nach Kriegsende kennen. Er fürchtete sich vor ihm – vor seiner Strenge und seiner Wut, vor seiner Prinzipienreiterei und seinem auf brausenden Charakter. Am meisten Angst aber hatte er vor der Prothese, einem seltsam geformten Gegenstand aus künstlichem Material, von dem er fasziniert war und der ihn zugleich abstieß. Rückblickend glaubte er, dass sein Vater sich an seiner Mutter für den Krieg und das verlorene Bein rächen wollte. Er gab ihr die Schuld an seiner Verstümmelung und verdächtigte sie, ihn zu betrügen. Max dachte daran, wie er selbst sich über Gudrun aufgeregt hatte, wie er ständig auf sie eifersüchtig gewesen war, und die Schamröte stieg ihm ins Gesicht. Er hatte nie wie sein Vater werden wollen. Er wollte nicht zu dem Mann werden, der seine Mutter ins Grab getrieben hatte.
Am nächsten Tag war er unausgeschlafen, fühlte sich aber kräftig genug. Er bat um einen Spaziergang. Das Mädchen zierte sich nicht lange, umfasste ihn, half ihm aufzustehen, und dann gingen sie los. Die Schwielen an seinen Füßen brannten gnadenlos, sodass er kaum einen Fuß vor den anderen setzen konnte. Sie durchquerten die Zimmer, in denen niemand war, und gingen zur Haustür hinaus. Sie setzten sich auf die Bank, die seit Urzeiten an der Stirnseite des Hauses stand, und betrachteten die ersten Zeichen des Frühlings. Beim Anblick der noch kahlen Obstbäume musste er daran denken, dass er die Strenge des masurischen Klimas vermisst hatte. In Königsberg war es bisweilen frostig, doch das Meer milderte alles ab. Hier aber gab es kein Meer, nur zugefrorene Seen und einen dichten, düsteren Wald. In den anderen Teilen des Reiches sprossen längst die ersten Blätter und neuen Triebe. Hier jedoch brach der Frühling erst zwei oder drei Wochen später hervor, und zwar mit beängstigender Heftigkeit, als ob die ungestüme Natur es eilig hätte, mit dem Wachsen, Bestäuben und Fortpflanzen fertigzuwerden, bevor der erste Bodenfrost im Oktober sie wieder in Erstarrung versetzen würde. So, als ob die Fülle des Lebens nur einen kurzen Moment währte.
Er erkundigte sich nach den Soldaten, nach den Zivilisten, danach, wie sich die Dinge in der Umgebung verhielten, und sie antwortete ihm offen und ehrlich. Er machte sich Sorgen über die Zerstörung Rastenburgs, auch wenn die Stadt nicht vollständig niedergebrannt war; er war froh, dass es immer noch einige Deutsche in der Gegend gab; und er fühlte mit den Flüchtlingen, die von überallher aus Polen, Litauen und sogar aus dem Inneren Russlands herbeiströmten. Er wusste, dass sie ein gemeinsames Schicksal teilten. Wie sollte man auf den Trümmern eine neue Welt errichten? Interessierte sich noch irgendjemand für sie? Er fragte nicht nach der Front, nach Berlin, nach der Offensive der Roten Armee, als wäre das alles völlig unerheblich. Er hatte genug vom Krieg.
Er ging selbstständig vom Tisch zum Küchenofen. Sie gab ihm eine Schüssel mit dampfenden Kartoffeln. Er aß gierig und verbrannte sich dabei den Gaumen, er war glücklich darüber, auf dem Weg der Besserung zu sein. Aber auch darüber, dass sein Vater nicht im Haus war – als er sich dessen bewusst wurde, hatte er ein schlechtes Gewissen.
Plötzlich begann sie, ihm Gertrauds Geschichte zu erzählen. Er hörte aufmerksam zu und war gerührt, dass diese nicht von ihren Erlebnissen im Lager hatte sprechen wollen. Dass sie die Bauersleute, die das junge Mädchen malträtierten, kaum mit einem Wort erwähnt hatte, und sich stattdessen auf das konzentrierte, was schön war.
Er hörte zu, wie sie erzählte. Er beobachtete ihre Bewegungen. Sie hatte bäuerlichen Wagemut an sich. Eine Stärke, die ihr selbst nicht bewusst zu sein schien. Und ob es nun daran lag, dass ihm auffiel, wie jung und hübsch sie war, oder daran, dass er mit einem Mal das Gefühl hatte, Bäume ausreißen zu können, weil er ein paar lächerliche Schritte gemacht und aus eigener Kraft seine Mahlzeit zu sich genommen hatte, oder aber vielleicht daran, dass er sie auf dem Rückweg in sein Zimmer um die Taille fasste und unter ihrem Leinenhemd die Wärme ihres Körpers spürte, die ihn elektrisierte und sich auf seinen Körper übertrug, ohne auf irgendeinen Widerstand zu stoßen, die ihn auf natürlichste Weise und mit größter Heftigkeit durchströmte, bis er hart wurde – als sie ihm ins Bett geholfen hatte, hielt er ihre Hand fest und küsste sie auf den Mund, zutraulich wie ein kleines Kind. Sie erzitterte und senkte die Augen. Für einen Moment hob sich ihre Brust schneller, als hätte die Offensichtlichkeit dieser Geste sie erschreckt. Sie dachte nach, während er geduldig und in aller Ruhe auf ihre Entscheidung wartete, als wäre er davon überzeugt, dass sie sich früher oder später ins Unvermeidliche fügen würde. Sie blickte zu ihm hoch, zog sich das Hemd aus und schlüpfte zu ihm unter die Decke. Vielleicht war es aber auch ein Akt der Verzweiflung, das konnte er nicht beurteilen. Oder vielleicht wollte sie jemanden vergessen, so, wie er Gudrun vergessen wollte. Es war ihm egal, und auch sie schien es nicht weiter zu beschäftigen, denn als er sich auf sie wälzte und mit seinem Gewicht niederdrückte, öffnete sie langsam ihre Beine. Sie war feucht und heiß, wie es nur ein junger Körper sein konnte. Und obwohl er nicht viel Kraft hatte, bemühte er sich, sie so zu berühren, wie Gudrun es mochte … So, dass er sie nicht verlor. Ein zweites Mal würde er es nicht überleben. Einen zweiten Verlust konnte er sich nicht leisten.

Janka trug die Schüsseln ins Schlafzimmer der Eltern. Vergewisserte sich, dass der Vater bei Bewusstsein war und die Mutter genug Kraft hatte, ihn zu füttern. Ihre knochige Hand zitterte, doch der Löffel fand seinen Weg in Vaters Mund. Sie wollte nicht einspringen für die Mutter. In solchen Momenten fühlte sie allein schon vom Zuschauen eine Seligkeit in ihrem Herzen, und Wärme durchströmte ihren Körper. Es gab etwas zwischen den beiden, zu dem sie keinen Zugang hatte. Es glomm als kleines Flämmchen zwischen ihnen, gefestigt durch das jahrzehntelange Zusammenleben und die gemeinsamen Erinnerungen. Das graue Haar der Mutter, die müden Augen des Vaters, die bei ihrem Anblick, wie sehr er auch litt, erstrahlten. Es verschlug ihr den Atem, die beiden so zu sehen, und sie zog sich zurück.
Sie stellte die Schüsseln vor die Deutschen, vor den alten und den jungen. Die dritte nahm sie sich selbst. Sie setzte sich ans andere Tischende, Horst gegenüber.
Der Alte aß zögerlich. Er schüttete die Suppe vom Löffel in die Schüssel, vom Löffel in die Schüssel, immer wieder beäugte er Janka misstrauisch. Sie war auf der Hut, wie ein ängstlicher Hase, der seine Ohren ständig forschend in eine andere Richtung drehte. Sie
sah ihn schief an. Er begann zu essen. Schlürfte still vor sich hin. Bei dem Geräusch der mit der Suppe angesaugten Luft durchfuhr sie ein Schauer. Wieder betrachtete er sie mit den wässrig-blauen Augen eines alten Mannes. In jeder seiner Bewegungen erkannte sie seine sture Art und sein einfaches, soldatisches Wesen, das sie bereits zur Genüge kennengelernt hatte. Hauptsache, sie ließ sich keine Angst anmerken, dachte sie. Keine Angst anmerken lassen. Sie räusperte sich und sah ihm direkt in die Augen. Er fuhr sich mit der Zunge über den hervorstehenden Eckzahn, als wäre ihm etwas zwischen den Zähnen hängen geblieben. Sie wurde verlegen und starrte auf ihren Teller.
»Schande«, zischte er auf Deutsch.
Max erstarrte mit dem Löffel in der Luft.
»Schande«, wiederholte er lauter, heiser.
Sie blickte von dem einen zum anderen. Sie verstand nicht, was vor sich ging, instinktiv aber wusste sie, dass es um sie ging. Rasch leerte sie ihre Schüssel und trug sie zum Herd.
Max saß immer noch da, mit dem Löffel auf halbem Weg zum Mund, als wüsste er nicht, ob er essen sollte oder nicht. Der Alte stand vom Tisch auf und ging in seine Kammer. Sie blieben allein zurück. Max seufzte und tauchte den Löffel wieder in die Suppe. Sie sah ihn an und wusste nicht, was sie sagen sollte. Er aß schnell, als wäre er in Eile. Wie ein Kind, das ausgeschimpft worden war und sich davor fürchtete, dass der Vater zurückkam – diesmal mit einer Rute oder einem Gürtel in der Hand. Unter der Zunge spürte sie den vertrauten Geschmack tiefer Trauer. Sie wollte etwas sagen, hatte aber Angst, dass es das Falsche war.
Schließlich fasste sie sich ein Herz und fragte: »Ist dein Vater böse?«
Er sah sie an. Er schwieg, dann zerschnitt er die Luft mit der Hand, als wollte er ihr bedeuten, keine weiteren Fragen zu stellen.

[...]

© Verlag Voland & Quist, Berlin 2025

https://www.voland-quist.de/werke/die-tiefe/


  • Country in which the text is set
    East Prussia, Poland
  • Featured locations
    Königsberg - Krolewiec - Kaliningrad
    Nidden - Nida
    Rastenburg - Kętrzyn
  • Impact
    In the memories of Wolf and Alicja—the son and granddaughter of Janka Lakis, who was displaced from the Vilnius region to the Rastenburg/Kętrzyn area at the end of the war—Ishbel Szatrawska recounts the final days of East Prussia and the new beginning in the Polish People’s Republic in her sweeping novel. Neither of them lives in the house where Janka took up residence back then: Wolf now lives in Scotland, while Alicja works as an academic, an anthropologist in Kraków—with the sale of the house at the end of the book, their memories of the postwar period also come to a close.

    In 1944, Janka arrives in Masuria with the advancing front, along with her elderly, frail parents. She manages to survive a gang rape by marauding Red Army soldiers. After she has taken possession of a house apparently abandoned by Germans, the rightful owner of the house, Horst Kruschka, unexpectedly returns—a war invalid and small-business owner from Rastenburg—frozen to the bone and at the end of his strength. Janka tries to communicate with him, but they lack a common language. Horst is irritated that Janka behaves as if the house belongs to her, in a political situation where it is initially unclear which legal system will prevail in East Prussia.

    In Königsberg, Max, Horst’s son, works as a surgeon at a military hospital, performing emergency surgeries alongside his superior, the historically documented Hans von Lehndorff. The Red Army’s advance continues, but “Fortress Königsberg” is still in German hands; chaos reigns all around, and refugees from the provinces are flooding into the city, which is plagued by air raids and under constant artillery fire. Memories come flooding back to Max: how he came to Königsberg from the provinces and secured a place at university, which had seemed to him at the time like an enormous social rise. The past also catches up with him: a flashback recounts a trip Max took with his lover Gudrun to the Curonian Spit in 1942—the last carefree days of their life together, during which disaster was already looming. When the Russians finally march into the city, Gudrun decides to flee a second time, this time on a fishing boat. She breaks up with Max, whom she accuses of having betrayed her.

    Max also manages to escape, and he sets out on an adventurous trek south—to his father’s house. There he meets 17-year-old Janka and begins a relationship with her, much against his father’s will; the situation at home grows increasingly tense. Horst makes Janka’s life a living hell. Max offers his medical services in the surrounding villages. More and more newcomers from all over Poland are showing up in the area. Janka falls in love with Old Marcin, a deserter from the Polish army who loots abandoned German houses. However, when Max is arrested by a Russian military patrol and her father laughs out loud, Janka stabs him with the knife she had previously used to help slaughter the pig. Marcin carries Horst’s body away and sinks it in the lake.

  • Balticness
    In her unsentimental account of the final days of East Prussia, Ishbel Szatrawska draws not only on the Polish perspective of the population exchange, but also on the German one, particularly with regard to the bombing of Königsberg and the vacation days in Nida on the Curonian Spit (in present-day Lithuania). It is, therefore, a truly transnational narrative rich in references to the Baltic Sea.
  • Bibliographic information
    Warszawa: Wydawnictwo Cyranka 2023, p. 214-218, 250-259, 301-397.
  • Translations
    Language Year Translator
    German 2025 Andreas Volk
  • Year of first publication
    2023
  • Place of first publication
    Warsaw